Hotel Savoy ***, La Paz
Postaram się jutro dopisać coś więcej, bo robimy sobie dzień chodzenia po stolicy i szukania korzystnych tourów.
Niestety zdrowie zamiast iść w lepszą stronę idzie w gorszą, ale zostało już tylko 11 dni, więc trzeba wykorzystać je w pełni. Mamy w planach jeszcze 64-kilometrowy zjazd rowerowy z wysokości ponad 4000m npm na sławnej "Drodze Śmierci" - "Camino de la muerte", wycieczkę całodniową do Tihuanaco, podróż do Uyuni i spędzenie 3 dni na największej pustyni solnej świata "Salar de Uyuni" (uwaga, nie będzie Internetu), powrót przez Potosi i zwiedzenie chociaż jednej z tamtejszych czynnych kopalń srebra oraz na ostatnią chwilę dojazd do Santa Cruz, skąd mamy lot w przyszły piątek. Jak zdążymy, to może wpadniemy jeszcze na pobliski cmentarz Che Guevary. Nie ma czasu na chorowanie czy leżenie w łóżku.
***
We did it!!! Po raz kolejny:-) Ponad 60km na rowerach na tzw."Death road" już za nami;-)
Mała fotorelacja poniżej:
***
Zaraz następnego dnia zebraliśmy rzeczy i wyruszyliśmy z inną wycieczką do /lub też na Chacaltaya, czyli szczyt górski (kolejne 5400 m npm - rekord!), gdzie jest najwyżej położony stok narciarski na świecie (choć lodowiec znika z oszałamiającą szybkością). Stoku w sumie to nie widzieliśmy... Ukrył się czy jak, może nie z tej strony? Albo był zamknięty? Ale w zamian zobaczyliśmy piękne zbocza górskie z tonami pokruszonych minerałów, Wikipedia mówi, że to łupki (po hiszpańsku "piedra pizarra"). Niesamowite widoki!
Na koniec zjechaliśmy do jednej z dzielnic La Paz, w której można zobaczyć sławną "Valle de la luna" - "Moon valley". Jedno z najpiękniejszych sklanych formacji na świecie, utworzone ponad 20 mln lat p.n.e jako dno jeziora. Duuuuużego jeziora. Wcześniej miejsce to nazywało się "Valle de los espiritus", czyli "Spirit valley" - dolina duchów, ale odkąd w latach 60-tych ubiegłego wieku zawitał tam Neil Armstrong i powiedział, że miejsce to kojarzy mu się z Księżycem, rząd boliwijski postanowił zmienić nazwę.
N.Verde