04 października 2017
Latacunga, Pujilí
Rano wybraliśmy się z Javierem na lokalny targ w Pujilí (tutaj mieszkamy). Nakupiliśmy pełno owoców, pooglądaliśmy rzeczy na straganach. Jako, że tutaj wszędzie mieszka lub pracuje ktoś z rodziny, poszliśmy też odwiedzić ratusz i kuzyna planistę miejskiego Lucha, który to przywiózł mnie tutaj z Quito. Lucho oprowadził nas po ratuszu, wpuścił na miejską wieżę, gdzie zwykli śmiertelnicy nie mają wstępu i kupił paczkę "empanadas de dulce" od Pani handlarki ulicznej, którą całą paczkę nam podarował, bo jeszcze nie próbowaliśmy.
Potem pojechaliśmy z Javierem autobusem do Latacungi, bo to jest miasto stołeczne tutejszej prowincji.
Odwiedziliśmy ich drugi dom i kolejną część rodziny. Zabrali nas samochodem na zwiedzanie prawdziwej, oryginalnej, nieco zaniedbanej i popadającej trochę w ruinę, kolonialnej hacjendy Tilipulo. Objęta patronatem rządu ekwatorskiego, ale zdecydowanie brakuje jej reklamy. Hacjenda miała wszystko, duże patio i wewnętrzne ogrody, kościół, wyschnięte jezioro, dzieła sztuki, karetę, kufry, miejsce, gdzie przetrzymywano więźniów, zewnętrzny tunel, którym w razie zagrożenia można było uciec na zewnątrz, etc.
Zabrali nas także do pobliskiej wioski, w której jest super sławny Jesu Christo (El niño de Isinche), czyli mała drewniana figurka Jezusa, która rzekomo sprawiła tutaj jakieś cuda i ludzie strasznie w niego wierzą i jeżdżą się tam modlić. Widziałam, ale moich problemów żołądkowych od Meksyku jakoś nie rozwiązał, pomagają mi dopiero tabletki na receptę. Dzisiaj możliwe, że będę musiała przez to zostać w łóżku.
Deadline: za trzy kolejne notki.