Dotarłam!!! Jestem padnięta, idę spać. Opowiem później. A takie mam łóżko, haha xD ^^
***
W hostelu zamówili mi na rano taxi, uzgodniona cena 40peso. Strasznie padało, a poza tym już mi się nie chciało niczego nosić, żeby mnie potem z powodu złego zapachu nie wyrzucili z samolotu. Pan taksówkarz odwiózł mnie na stację autobusową ADO i powiedział 60pesos.
-Ale w hostelu powiedzieli mi, że miało kosztować 40 pesos...!
Pan taksówkarz zrobił tylko głupią minę, mruknął coś pod nosem i ostatecznie wydał jak trzeba.
Na lotnisku w Cancún były ogromne kolejki do check-in'u. Gdy po 40 minutach stania dostałam się do Pana, który mógł nadać mój bagaż, powiedział mi, że lecąc do Ekwadoru, z powodu przepisów migracyjnych, on już musi Teraz, w Tym Momencie, zaznaczyć, jakim środkiem transportu wyjadę z kraju.
-Eeee, nie wiem jeszcze. Myślałam o samolocie.
-Nie ma Pani jeszcze biletu?
-Nie.
-To nie mogę zaznaczyć opcji samolot. Musi mieć Pani kupiony bilet, który okaże Pani służbom na granicy.
-A nie może Pan wpisać autobus, a potem się zmieni na samolot jak już sobie kupię bilet w Ekwadorze?
-Nie mogę. Musi mieć Pani już w tym momencie zakupiony bilet na opuszczenie kraju.
Genialnie. Super. Wspaniale. W tym miejscu dziękuję Adrianowi i całej reszcie teamu za szybką akcję kupna dla mnie lotu GYE-LIM.
Pan wydrukował mi zatem karty pokładowe bez przydzielonych miejsc, więc później byłam wzywana przez głośnik przez stewardessy, które wydrukowały mi już normalny bilet z miejscem. Podobnie było w Panamie, loty odbyły się bezproblemowo. Swoją drogą, Pacyfik przy brzegu w Panamie widoczny z lotu ptaka jest brudny. Woda ma kolor zgniło-zielono-żółty, za to był fragment, że widziałam oba oceany na raz. Atlantyk, czyli Morze Karaibskie... Bez porównania. Utworzył się ciekawy kontrast.
W Quito ostatecznie nie prosili mnie o okazanie biletu wyjazdowego, rozmowa z Panem celnikiem była bardzo przyjemna, choć oficjalna. Później stałam w wielkiej kolejce do skanowania bagaży, w której miałam trochę stracha, bo każdy musiał go wrzucić na linie, ale Pan celnik powiedział mi "Pase, señorita, pase".
-A bagaż? Nie mam go dać na linie?
-Nie, señorita, niech Pani przejdzie obok, Good Bye.
No to poprawiłam w połowie zdjęty już z pleców plecak, wyminęłam skaner i poszłam do wyjścia.
Na miejscu czekała na mnie rodzina doñi Rocio, którą poznałam w Madrycie, i która jest przyjaciółką Jacqueline, mojej tzw.drugiej mamy. No i jeszcze niespodzianka. JAVIER!!!!!!!
Javier to syn Jacqueline, czyli bezpośrednia część mojej przyszywanej ekwadorskiej rodziny. Zaraz po Juanie Carlosie najbardziej się kumplowaliśmy w Madrycie. Często przesiadywaliśmy sami razem po nocach w salonie ucząc się na egzaminy albo robiąc zadania, bo mieliśmy sesję w tym samym czasie. Okazało się, że przebywa właśnie w Quito i gdy tylko dowiedział się, że Rocio z rodziną jadą po mnie na lotnisko, napisał do nich, czy mają miejsce i mogą go zabrać. Ucieszyłam się jak nigdy :)))