Wczoraj wybraliśmy się w dwa samochody na wulkan Cotopaxi. Drugi, zaraz po najwyższym Chimborazo, największy wulkan w Ekwadorze. Moja pierwsza górska wspinaczka z prawdziwego zdarzenia. Ogólnie trudno jest się tam dostać bez samochodu (i to terenowego), bo podjazd ma dobrych paręnaście kilometrów w górę. Parkuje się na wysokości ok. 4600m npm, a potem jest już czysty trekking do schroniska i dla chętnych dalej do drugiego, w krainie wiecznego śniegu. Pierwsze schronisko jest na poziomie ok. 4840m, drugie - nie wiem, bo nie doszłam. Celem było dotarcie tylko do pierwszego śniegu, gdzie wspina się ta garstka Szaleńców, której nie wystarczyło zobaczyć widoków z pierwszego schroniska. Ogólnie to wspięliśmy się na wysokość 5025m!!!!!!! A było okropnie ciężko, ta wspinaczka mnie wykończyła:(( Ja się wspinałam na każde 10m ponad 2 minuty przerwy, miałam zawroty głowy, serce mi nie wyrabiało. Innym szło jakoś lepiej. Łącznie dotarcie do śniegu zajęło nam 3,5h, schodzenie 0,5h. Gdyby nie poznana na szlaku Maria z Lojy, raczej odpuściłabym przed końcem, bo satysfakcjonowało mnie dotarcie do czerwonego pyłu wulkanicznego i czerwonych kamieni. Ale jej szło tak samo beznadziejnie i ciężko jak mnie, że postanowiłyśmy się razem wspierać.
Od drugiego schroniska wejście na szczyt Cotopaxi jest już tylko dla zaawansowanych i z przewodnikiem. Szczyt leży na wysokości 5879 m npm. Pozdrowienia dla Jeszcze Większych Szaleńców, którzy tam docierają :)
Photos will be uploaded soon. Jak tylko wyzdrowieję, bo dzisiaj mój żołądek się zbuntował i sprawiał spore kłopoty, przez co leżałam bez sił cały dzień w łóżku. Gdyby tabletki nie pomogły, wzięliby mnie do szpitala, ale już jest lepiej. Jutro kurs Riobamba.
N.Verde