Kurs Mérida. Autobus z Villahermosa odjeżdża o 21:40, czas przejazdu ok.9h. Pragnę dodać, że autobusy, którymi tutaj jeżdżę są lepsze niż w Polsce, rzekłabym nawet, o podwyższonym standardzie. Wielkie fotele (rozmiarowo odpowiednik takich foteli widziałam w samolocie w 1-szej klasie), dużo miejsca na nogi, klimatyzacja, odjeżdżają o czasie, poczęstunek, podwójna kontrola bezpieczeństwa, odebranie bagażu jedynie za okazaniem imiennego biletu.
Adres w Meridzie: *** centro histórico (cerca del parque de Santa Lucia).
Dotarłam, Adán wziął mnie na śniadanie i pojechał do pracy, a ja waham się pomiędzy odsypianiem niewygodnej podróży (za szybko pochwaliłam) a wyjściem na miasto.
***
Mérida - Ciudad Blanca (białe miasto) - dużo budynków jest z białego, chropowatego kamienia lub niektóre z marmuru.
Rynek, Palacio Municipal, La Casa de Montejo (dom konkwistadora, który założył Méridę), różne epokowe katedry (nota bene wiele katedr w Meksyku powstało w miejscu po wyburzeniu plemiennych piramid, tak jak ta główna tutaj św. Ildefonsa) oraz co najważniejsze - Paseo de Montejo - już za mną. To ostatnie to piękna główna ulica z domami kolonialnymi, a raczej Rezydencjami kolonialnymi. Ach, jak chciałabym w takim zamieszkać. Niektóre zupełnie opuszczone i nierestaurowane od co najmniej stu lat, inne zagospodarowane jako hotele, restauracje, butiki odzieżowe, a nawet znalazł się kolonialny Starbucks, kolonialny McDonald's i kolonialne banki..
Niemniej, niektóre domy są zupełnie jak z książek i robią mega wrażenie.
Zjeść poszłam do polecanej mi przez moich obu Couch'ów (wcześniejszy i obecny, co mnie ostatecznie przekonało) restauracji "La Chaya Maya", gdzie na przeciwko mnie siedział facet przypominający Michaela Douglasa, i cały czas się będę teraz zastanawiać czy to był on.
Ludzie są w dalszym ciągu super mili i pomocni, faceci na ulicy non stop mnie witają i pozdrawiają (już się przyzwyczaiłam), w mieszkaniu Adana dostałam własny pokój i własną (!!!) łazienkę (tyle wygrać :))), a za jakąś godzinę idziemy do centrum na jakieś piwo. I na całe szczęście, mieszka w centrum, więc na rynek mam ok.15 minut spacerem. U Hectora było trochę pod górkę, bo luksus luksusem, ale bez samochodu to z tej jego rezydencji wyjechać się nie dało (do głównej bramy wjazdowej jakieś 500 metrów, a potem do centrum kolejne 5km). Oczywiście, korzystałam z Ubera albo Hector po mnie przyjeżdżał do centrum. Los teraz zatem nieco ułatwia mi życie.
Jutro wykopaliska Majów w Uxmal i.. let's see what's more.
***
Dzień w Uxmal - przepiękny. Kolejne fantastyczne piramidy i zebrany materiał podróżnika. To już trzecie i ostatnie moje piramidy w Meksyku, które planowałam zwiedzić (choć punktów tych są setki w całym kraju jak i Gwatemali, Hondurasie, Nikaragui, Belize), ale przynajmniej tutaj w Meksyku w każdym stanie są inne, nie ma nudy.
Co było dodatkowo fajne to pałoszące się po całym obiekcie iguany. Kolejny mój fetysz, wszystkie obfotografowałam. Były na piramidach, w przesmykach, w trawie, na kamieniach, wylegiwały się na słoneczku, ot takie sobie urocze wolnożyjące gady.
Na przeciwko piramid było Muzeum Czekolady w formie ogrodu botanicznego, mini zoo i mini spektakl rytualny Majów. Wszystko super, widziałam wielkiego jaguara, moje ulubione zielone papugi, drzewo z kolcami, napiłam się prawdziwej czekolady, którą przygotowywali Majowie, ale w toalecie był Wieeeeeeeeeeelki pająk. Weszłam do kabiny, rzuciłam plecak na ziemię, a to bydle wielkości mojej pięści zaraz obok plecaka. Wprawdzie nie włochate, ale miało nóżki sporych rozmiarów, no i kolorystycznie też był w czerni jakby pogrubiony czcionką Worda.
W mig stamtąd uciekłam, ale plecak został. Po chwili jakaś dziewczyna wyszła z innej kabiny, to się pytam:
-Przepraszam, czy mogłabym mieć do Ciebie mini prośbę?
-Tak?
-Bo weszłam obok do toalety i okazuje się, że jest jakiś gigantyczny pająk i mój plecak tam został, wyciągniesz mi go, please?
Poszła zajrzeć.
-O Boże, jaki wielki!!!
(No przecież mówiłam...)
-Ale nie jest jadowity, prawda? - pyta się mnie jakbym była ekspertem od pająków na terenach, gdzie panuje roślinność raczej bujna i obfita rodem z dżungli.
Tak czy inaczej dała radę, no i ja też, bo trzeba sobie umieć radzić w trudnych sytuacjach:P
Wieczorem na rynku w Meridzie był spektakl otwarty pokazujący "juego de pelota", czyli coś co strasznie chciałam zobaczyć. Wszystkie plemiona prekolumbijskie grały w piłkę (zazwyczaj z kauczuka, ale słyszałam też o wersji z... metalu??), odbijając ją jedynie biodrami. Zero rąk, jak w nożnej. I zero innych części ciała, same biodra. Musieli ją wrzucić oczywiście biodrem do kosza. Pokazali cały rytuał początkowy, grę, potem jakąś drugą część gry, gdzie podpalili tę piłkę kauczukową i już tylko się nią grało samymi rękami. Będą filmy, soon...
W mieszkaniu poznałam dwie nowe CouchSurferki, bo Adan zrobił mi niespodziankę - inne samotnie podróżujące dziewczyny, Yoahnna z Barcelony i Cathalina z Chile. Ta druga jutro wylatuje, a z Yohanną pojadę chyba nad morze do Progreso.
Aha, słowo "czekolada" wzięło się od Majów i Olmeków. Wprawdzie kakowiec pochodzi z okolic Brazyli/Peru - ciągle nieustalono- ale słowo "kakao" jest pochodną od olmeckiego "kakaw". Z kolei "czekolada" to kombinacja majańkich słów "chokoh" - gorący oraz "ha", czyli woda. "Chokoh ha" to zatem napój gorący, lokalny, na bazie kakao.
Majowie oryginalnie pili czekoladę z dodatkiem różnej mieszanki przypraw oraz chili, dopiero Hiszpanie wprowadzili zmiany, gdyż ta oryginalna nie bardzo smakowała na salonach i zaczęli dodawać do niej cynamon oraz cukier.
***
Progreso
Johana ostatecznie się ze mną nie zabrała, ale poznałam na plaży dwie młodziutkie Niemki, z którymi się trzymałam, więc miał kto pilnować rzeczy jak byłam w morzu. A morze było cieplutkieeee..:)
Oto rzut na Zatokę Meksykańską, gdzieś po drugiej stronie jest Nowy Orlean.