Przejdź do treści
Al otro lado del mar
Pasando el tiempo

13 września 2017

Pasando el tiempo

El Teotihuacán, centrum, Museo de Frida Kahlo, Coyoacán

Przewspaniałe piramidy Azteków, w autobusie do kompleksu spotkałam pierwszego białego człowieka - Amerykanina, który o dziwo, potrafił coś nawet powiedzieć po niemiecku, ale za grosz nie znał hiszpańskiego. Szczerze mu współczuję, tutaj ludzie nie mówią po angielsku. Prawie wcale, może w muzeach, to by było na tyle. Bez hiszpańskiego ani rusz. Gina podrzuciła mnie samochodem na dworzec autobusowy, skąd pojechałam pod piramidy. Mówiła coś o kremie przeciwsłonecznym, ale było już za późno na powrót do domu - błąd. Żar z nieba, słońce spaliło mi przedramiona, bo miałam koszulę z długim rękawem, ale z gorąca ją podwinęłam. Bez kapelusza w dodatku  zrobiło mi się później trochę słabo, ale jakoś przetrwałam. Wspięłam się na obie gigantyczne piramidy (Słońca i Księżyca) i podziwiałam panoramę wokoło. Przechadzałem się główną ulicą - Aleją Umarłych. Tam też odkryłam w sobie fetysz do kaktusów - stały się moją muzą, występują na wielu zdjęciach. O ile jest to miejsce bardzo turystyczne, stwierdzam, że białych ludzi tutaj co kot napłakał. Większość turystów to zwyczajnie obywatele innych krajów Ameryki Łacińskiej, sami morenitos. W metrze jestem jedyną białą kobietą, a przemieszczałam się już całkiem sporo. Wszyscy się na mnie patrzą, uśmiechają do mnie. Szczególnie dzisiaj na straganie, poszłam z Giną na okoliczny targ. Ludzie mnie witali, uśmiechali się, a jeden sprzedawca wepchał mi nawet paczuszkę jakichś bakalii do ręki, żebym spróbowała. Ilość różnych warzyw, owoców i ziół, które widzę po raz pierwszy na oczy, jest wielka. Nasze warzywniaki mogą się zwyczajnie schować, nic nie wiemy o witaminach.
Przed wyjazdem wszędzie czytałam oraz usłyszałam od lekarza medycyny podróży - nie jeść na ulicy. Ludzie, tutaj nie da się NIE jeść na ulicy! Już pierwszego dnia z rana po przyjeździe Gina i jej brat Poncho (Alfonso) wzięli mnie przed dom na tacos. Robione  pod gołym niebem na wielkiej płycie przez dwie panie, własnymi rękami. Tutaj w ogóle je się duuuuuużo tacos. Na śniadanie, obiad, kolację. Ciągle ktoś mnie na nie zabiera:) Jadłam też quesadillę na bazie niebieskiej kukurydzy, więc ciasto było ciemnozielone. W Meksyku okazuje się, że mają wiele rodzajów kukurydzy: żółtą, czerwoną, niebieską, białą, czarną etc.
Dzisiaj poszłyśmy do popularnej dzielnicy Coyoacán, żeby odwiedzić muzeum Fridy Kahlo. Trochę się zdziwiłam, jej pierwsze imię to Magdalena, haha:P Muzeum to tak właściwie jej dom, tam mieszkała większość życia. Również później z Diego Riverą, gościli w nim Trockiego i inne ważne osobistości. Dom jest przewspaniały, chciałabym w takim zamieszkać.. Gina jako jej wierna fanka znała cały jej życiorys na pamięć i robiła mi za przewodnika. O różne szczegóły czasem dopytywała się strażniczek w poszczególnych salach, ale sprawiała wrażenie, że wie nawet więcej od nich. Pokazała mi nawet w sypialni nocnej Fridy małą urnę na stoliku w kształcie żaby - wiedza tajemna, nie piszą o tym w przewodnikach- to była urna z jej prochami. W kształcie żaby, bo tak nazywała swojego brzydkiego męża, którego kochała do szaleństwa i jej życzeniem było zostać pochowanym w takiej urnie (na zdjęciu z domu Fridy zaraz po lewej).









 

















 






Poszłyśmy też na oryginalną meksykańską kawę, jak się okazuje, Meksyk też ją wytwarza w sporych ilościach z regionu Veracruz i jest słynna sieć kafeterii, gdzie można jej skosztować. Była OK:)
We wtorek przemieszczałam się cały dzień sama po mieście. Mogę jednak powiedzieć, że czuję się bezpiecznie - wszędzie jest pełno ludzi, 25 milionów mieszkańców mówi samo za siebie (a nieoficjalnie nawet 30 mln). Wracałam sama, jeżdżę taksówkami, autobusami, pytam ludzi gdzie wysiąść, jak dojść - są bardzo pomocni i troszczą się, żebym dojechała i znalazła drogę. Wróciłam wieczorem  zmęczona mieszkania, ale mojej gospodyni akurat nie było i musiałam czekać pod drzwiami. Po chwili wyszła sąsiadka i się zapytała czy wszystko OK i chciała zaproponować zapewne , żebym weszła do niej, ale powiedziałam, że Gina zaraz przyjdzie. Ona jednak zadzwoniła do sąsiadów, rodzeństwa studentów obok, którzy zaprosili mnie do siebie i tak nam się super rozmawiało, że zabrali mnie na tacos do pobliskiej taquerii. Dzisiaj jeden z nich miał mi towarzyszyć na mieście, ale jednak nie było już czasu. W dzielnicy kojotów, Coyoacán, trafiłyśmy też na muzeum, gdzie zebrali się sprzedawcy rękodzieła z całego Meksyku. Spróbowałam mezcal - rodzaju tequilii ze stanu Oaxaca, do którego wybieram się w piątek oraz jakiegoś dziwnego napoju że sfermentowanej kukurydzy (rarytas ze stanu Jukatan). Było tam tyle wspaniałych rzeczy... Matko. Chętnie bym spróbowała WSZYSTKIEGO.




















Kolejny dzień upłynął mi równie intensywnie co wcześniejsze. Na śniadanie zostałam zabrana na kolejne pyszne tacos, a potem zgodził się potowarzyszyć mi Poncho w dalszym odkrywaniu stolicy. Aleeeeeeeż byłam zła!!!! Na ruch uliczny. Wszędzie korki, najpierw straciliśmy jakieś 40min w samochodzie, potem kolejne 40 min w autobusie, w którym o mały włos nie umarłam z przegrzania ale nie powinnam narzekać, bo jechaliśmy na gapę - po upolowaniu autobusu okazało się, że żadne z nas nie ma drobnych, Pan kierowca ze stówki oczywiście nie wyda, to wziął nas za piękny uśmiech. Potem uparłam się, żeby zamienić ten cholerny autobus stojący w korkach - na metro. Po trzech przesiadkach i kolejnych 40 min jazdy dotarliśmy na miejsce. Rzecz w tym, że znowu trzeba było pospacerować kolejne 30min., bo odległości tam są wieeeeelkie. Dotarliśmy - Museo Antropológico. Zobaczyłam wszystkie najważniejsze kultury żyjące na tym obszarze Ameryki przed barbarzyńskim napadem Hiszpanów. A było ich trochę.. nie tylko Aztekowie i Majowie. Ogólnie kultury te były tak niesamowicie bogate i mądre, że warto zapłakać nad ich losem, bo zostali totalnie wybici przez Idiotów Hiszpanów.
Stamtąd znowu podjechaliśmy microbusem w stronę Monumento de Ángel, które mieści się w dzielnicy biznesowej. Tylu drapaczy chmur i tak wysokich i wszystkie stojące jeden obok drugiego, jeszcze nie widziałam nigdzie. Dzielnica w 100% biznesowa i bogata, same najważniejsze marki świata. Giełda meksykańska też tam jest z neonowymi wyświetleniami cen akcji spółek. Stamtąd "już tylko" rzut beretem na Palacio de Bellas Artes oraz ponownie Zócalo (główny plac), które było przystrojone światłami i że zbudowaną sceną, bo w dniu następnym rozpoczynały się obchody Dnia Niepodległości. Wszystko wyglądało przepięknie, mam zdjęcia;)
Z tymi obchodami będzie ciąg dalszy w Oaxace, bo tam dotarłam tego dnia.
P.S. Dodałam zdjęcie z policją do poprzedniego wpisu;)






N.Verde

Galeria

Zobacz też

KRA-FRA-MEX

11 września 2017

KRA-FRA-MEX

Frankfurt Airport (chyba International, bo na ZD mi to nie wygląda;) Siedzę na lotnisku. Ogromnym lotnisku. Lekki gwar,  podróżni przechodzą obok.  Pełno luksusowych  sklepów i co rusz innych rodzajów...

Czytaj dalej →
Ciudad de México

11 września 2017

Ciudad de México

Jestem!!! Nie wiem wprawdzie jak tu trafiłam, ale mam własne łóżko i jestem. Nie działa mi w ogóle polski numer, nie wiem dlaczego. Kupiłam kartę meksykańską, ale też mi właśnie nie wyświetla sygnału...

Czytaj dalej →
Oaxaca y Teotitlan del Valle

14 września 2017

Oaxaca y Teotitlan del Valle

Do Oaxaki jadę jutro, ale podaję adres. Miasteczko, w którym mam nocleg nazywa się Teotitlan del Valle. Ulica: *** W Internecie do znalezienia jako: Dixza rugs and organic farm, bo gospodarze prowadzą...

Czytaj dalej →
Villahermosa, Palenque

17 września 2017

Villahermosa, Palenque

O 19:00 mam autobus do Villahermosa, stan Tabasco. Adres: *** Czas przejazdu: ok.14h. Ależ mi się trafiło: mieszkanie na zamkniętym i  strzeżonym osiedlu, Rezydencja Jaguara. Strasznie trudno tu dojec...

Czytaj dalej →

← Wszystkie wpisy

Kolejna podróż

1 900 PLN z 5 000 PLN

Wesprzyj podróż →