11 grudnia 2019
San José
Wzdłuż Lindory znaleźć można było główne sieciówki fast-foodowe, hotele budżetowe, stacje benzynowe, placówki banków, nasz nowoczesny i ekstrawagancki hotel, biurowce dużych firm i centrum handlowe. Wszystko utrzymane w nowoczesnym stylu na wysokość nie większą niż cztero- bądź pięciopiętrowe zabudowania. Z mojego pokoju roztaczał się widok na piękne zielone wzniesienia, na których usadowione były liczne wiatraki.
Dużym plusem tej lokalizacji była niedaleka odległość od głównego lotniska (SJO - Aeropuerto International Juan Santamaría). Jedyne 8 km.
Dużym minusem tej lokalizacji (jak i całej stolicy) były nieustające korki, trwające niemal 24h/dobę.
Jako, że Lindora to jedna z ulic wjazdowych/wyjazdowych/dojazdowych do miasta, ów 8 km było do pokonania w około godzinę..
Owszem, znajdziemy tam Museo Nacional, Museo de Oro (Muzeum Złota), Museo de Jade (Muzeum Jadeitu) i Teatro Nacional. Nie mówię, że nie. W ramach zrobienia pamiątkowych zakupów możemy też się wybrać na całkiem spore Mercado de Artesanía (targowisko z rękodziełem i pamiątkami), ale to by było na tyle..
Poza tym, mnie te muzea wcale nie zachwyciły. Miałam farta, że oglądałam je w trakcie eventu na wzór "Nocy Muzeów" (=wstęp gratis), bo płacić jednorazowo po kilkanaście $, to byłby rozbój w biały dzień (czy też białą noc).
| Wejście do Mercado de Artesanía |
Zapomniałam dodać, że spodobał mi się jedynie kampus uniwersytecki tamtejszej Universidad de Costa Rica. Niemal codziennie studenci z Wydziału Aktorskiego wykorzystują duże podwórko, dziedziniec i mury uczelni by odgrywać swoje spektakle na otwartym potwierzu dla przechodzącej publiczności.
Jeśli chodzi o drugą imprezę, to było to Christmas Party na częściowo wolnym powietrzu. Nie mogę tu zbytnio nic opowiedzieć, bo primo, nie zostałam długo spiesząc się na wyprawę do Montezumy, secundo - ta impreza firmowa nie różniła się zbytnio od tych organizowanych w Polsce. Atrakcją były przygotowane wcześniej występy pracowników (występ taneczny i występ wokalny) oraz cała masa jedzenia "na bloczki". Do wyboru mieliśmy taco meksykańskie, ceviche peruańskie, włoski makaron i bodajże kostarykańskie "casado" (a może to było jakieś frijoles con arroz, a może "chifrijo"..? hmmm, nie pamiętam).
Casado to typowy obiad składający się z ryżu, fasoli, kotleta/fileta solo bądź polanego jakimś domowym sosem i sałatki (najczęściej sałata lodowa+pomidor+tarta marchewka+ogórek zielony+cytryna). W różnych wariacjach dostaniemy dodatkowo połówkę awokado, kukurydzę, plasterki cebuli, połówkę gotowanego bądź smażonego dojrzałego banana (maduro), jajko sadzone, frytki, chipsy bananowe zwane "chifles" lub chipsy z yuki zwane chipsami z yuki, lub nachosy. Tych wariacji są dziesiątki, zależnie od tradycji domowej czy restauracji.
Frijoles con arroz to w dosłowym tłumaczeniu fasola z ryżem, czyli główne składniki ogólnie pojętej kuchni latynoskiej. Natomiast główną bazą Chifrijo - ku zaskoczeniu Czytających - okazuje się być ryż z czerwoną fasolą w domowym sosie, dodatkowo jakieś mięsko bądź kawałki ryby, bądź krewetki, bądź kalmary i inne cuda wianki, do tego nachosy i połówka dojrzałego awokado. Chyba o niczym nie zapomniałam.