11 kwietnia 2024
HAN - PVG
Z wyspy wróciliśmy do Hanoi, żeby spędzić jeszcze jedną noc i zrobić ostatnie zakupy. Chcieliśmy sprzedać motorek, ale w drodze powrotnej z zatoki Ha Long, ok. 1,5h przed dotarciem do stolicy, złapał go zawał silnika i odmówił dalszej jazdy. Jako, że przejeżdżaliśmy akurat przez małe miasteczko, sami przyciągnęliśmy go kilkadziesiąt metrów i oddaliśmy w ręce (jak nam się wydawało), dobrego mechanika. Ten męczył się dobrą godzinę, po czym siadł na krześle, stwierdził, że już jest późno i skończy naprawę następnego dnia, a motorek będzie do odbioru po południu. Tylko, że nie bardzo mieliśmy jak wrócić do Hanoi bez motorka, a ten mu rozkręcił silnik na wszystkie możliwe części..
Analizując naszą patową sytuację, doszliśmy do wniosku, że trzeba podjąć trudną decyzję i sprzedać zepsuty motorek mechanikowi. Tylko, że ten postanowił wykorzystać sytuację i podczas ponad godzinnych negocjacji chciał nam za niego zapłacić tzw. "symboliczną złotówkę"... Byliśmy wściekli. Cóż jednak było robić, w międzyczasie zrobiło się ciemno, było po 20tej, do stolicy daleka droga, a my zostaliśmy z rozkręconym motorem bez możliwości naprawy. Chcieliśmy go sprzedać następnego dnia w Hanoi, ale nie mieliśmy jeszcze żadnego kupca, pomimo kilku wcześniejszych zapytań. Przystaliśmy zatem na ów "rozbój w biały dzień", przeszliśmy parę metrów i koło stacji benzynowej zaczęliśmy łapać stopa. Zatrzymał się od razu drugi przejeżdżający samochód, nie myśląc szybko, zapakowaliśmy się do wielkiego Forda Rangera. W samochodzie trafiliśmy na delegację dwóch pracowników firmy energetycznej z własnym kierowcą, którzy po całym dniu wracali do stolicy i przy okazji mieli okazję poćwiczyć nieco swój angielski. Nie wiedzieć czemu, niezwykle bawiła ich nasza historia i raz po raz dopytywali o szczegóły i chichotali otwarcie, ale wzięliśmy to na klatę różnic kulturowych.
***
Obecnie jesteśmy na lotnisku i oczekujemy na lot do Szanghaju.
***
N.Verde