To chyba będzie długi wpis.. Zacznijmy od przelotu - całość mojej podróży trwała niebotyczne ponad 28 godzin. Na lotnisku we Frankfurcie wynudziłam się co niemiara, na lotnisku w Meksyku-stolicy krążyłam z jednej strony terminala na drugą szukając miejsca transferowego mojej linii lotniczej, a gdy w końcu go znalazłam i przejechałam parę kilometrów kolejką naziemną, krążyłam ze trzy razy (z ciężkim plecakiem) od kolejki do kolejki, bo obsługa źle mnie kierowała w kwestii, skąd do licha ma się check-in'ować ta backpackerka ze stand by'a. Po tym jak się udało i usiadłam prawie wygodnie w fotelu linii Aeroméxico do Oaxaki, pani, która obok mnie miała siedzieć... przesiadła się na inne miejsce. Musiałam być już w strasznym stanie. Dodatkowo rozpętała się burza i nie mogliśmy tak łatwo wylecieć ze stolicy. Przed nami w kolejce startowało ponad dwanaście samolotów (i jestem pewna, że wcale nie trzymali się przepisowych 2 minut odstępu między startami).
Była już noc, a niebo kształtami i kolorystyką przypominało mi wstęp do bajek wytwórni Dreamworks. Te same gwiazdy, ten sam księżyc, brakowało jedynie chłopca z wędką albo jakichś bohaterów bajek goniących się po niebie w świetle kilku pojawiających się błyskawic.
Niebo nad Oaxacą było z kolei łagodne, przy wysiadaniu z samolotu odczuło się suche ciepłe powietrze i od razu wiedziałam, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam była się udać. Przygoda się rozpoczyna.
Do hostelu dotarłam poprzez wykupienie na lotnisku taniego transferu lotniskowego - dostawa prosto pod drzwi. Dotarłam w okolicach godziny 23:00 w nocy, drzwi były zamknięte na amen. Zapukałam i tak oto całodobowa recepcja przyszła w pogotowiu. Na miejscu okazało się, że w zarezerwowanym przeze mnie pokoju wieloosobowym jest komplet, a raczej.. brakowało jedynie mnie. Recepcjonista był bardzo miły i pozwolił mi skorzystać z łazienki w pustym pokoju, żeby nie budzić całej reszty, która już smacznie spała.
***
Dzień 1.
Mój pierwszy dzień w Oaxace zaczęłam od przywitania ze starymi murami i rynkiem. Już wiem, czemu tam wróciłam. Klimat tego miasteczka nie tylko -dosłownie- jest bardzo ciepły, ale w dodatku naprawdę bardzo serdeczny.
Jako, że nie miałam za bardzo sił na "duże przebiegi" postanowiłam pójść jedynie kupić pamiątki na lokalny targ "20 de noviembre", zjeść coś jeszcze-nie-meksykańskiego i wykupić wycieczkę na następny dzień. Z jedzeniem trafiłam do chyba możliwie najgorszej indyjskiej restauracji o nazwie "Mini Taj", gdzie srodze zapłaciłam za jakieś wypłociny w brudnych dodatkowo naczyniach :/
Na targu odnalazłam podobające mi się niegdyś stoisko z ziołami i zaraz obok niego drugie, z różnymi rodzajami papryki - dumy narodowej Meksykanów.
Resztę dnia spędziłam ładując akumulator w hostelu, w którym było super patio z dwoma wygodnymi sofami. Na nich to można było się chłodzić w te upalne dni. Były też hamaki koło pralni na dachu, ale tam paliło słońce w zenicie. Leżąc tak sobie poznałam paru innych podróżników, w tym jednego Niemca mieszkającego w W. Brytanii, robiącego doktorat z fizyki. Tytułu jego zakręconej pracy nie pamiętam, ale było chyba coś o antymaterii i czterech wymiarach... ?
***
Dzień 2.
Planowo rano zgarnął mnie busik wycieczkowy sprzed drzwi hostelu. Punkt pierwszy programu: El Tule, czyli ogromniaste drzewo o najgrubszym i największym pniu na świecie, rosnące przed kościołem w miejscowości Santa María del Tule, ok. 13km od centrum Oaxaki. Gwoli wyjaśnienia, drzewo było pierwsze, potem dobudowano kościół, bowiem szacuje się, że drzewo to ma ok. 2 tysiące lat! Drzewo z Tule jest z gatunku Taxodium mucronatum, po hiszpańsku ahuehuete, po polsku cypryśnik meksykański. W tym momencie, żeby go otoczyć, potrzeba około trzydziestu złączonych osób trzymających się za ręce (58m grubości, 42m wysokości). A oto fotorelacja i nasz gigant:
Punkt drugi to znane mi już wcześniej miasteczko Teotitlán del Valle (patrz więcej: podróż pierwsza
tutaj). Tym razem wizyta była jeszcze krótsza, kierowca od razu zabrał nas do jednego z wielu miejscowych warsztatów wyrabiających "tapetes" - ścienne dywany dekoracyjne. To miasteczko jest głównym ich wytwórcą, posiada wiele kooperatyw, które zarówno zrzeszają licznych pojedynczych czeladników jak i rodzinne pokolenia. Cena takiego dywanu jest jednak dostosowana pod turystę z USA bądź Zachodniej Europy, od małych dywaników "serwetek" do największych rozmiarów ściennych to przedział rzędu 200-5000 pesos mex. (40-1000 zł).
Z jeszcze ciekawszych rzeczy zrobili nam tam prelekcję o barwieniu tkanin i używanych do tego celu barwników naturalnych.
Jadąc dalej dotarliśmy do kolejnego gwoździa programu, jednej z licznych destylarnii mezcalu, fábrica del mezcal. Nasza nazywała się Rey de Matatlán, ale tak naprawdę jest ich pełno po drodze licząc także te przydomowe.
W trakcie wizyty został nam pokazany proces produkcji tego szlachetnego trunku i dumy Meksyku - zwanego mezcalem, a także byliśmy uraczeni degustacją, która nieuchronnie prowadziła do zakupu.
W moim przypadku jedynie opcji słodkiej - crema de mezcal o smaku marakuji, bo ten oryginalny ma smak tequili, ale jest o wiele intensywniejszą jej wersją... Jak dla mnie paskudztwo w czystej postaci.
Mezcal produkuje się z agawy (rośliny wędzi się w takiej wielkiej dziurze w ziemi, ale nie umiem znaleźć zdjęcia, więc będzie bez zdjęcia) i ocenia potem smakowo, węchowo, wiekowo i wzrokowo. Im starszy, tym podobno lepszy. Mamy zatem:
- joven - bezbarwny bądź o delikatnym żółtym zabarwieniu, proces produkcji zakończony bezpośrednio po destylacji
- reposado - koloru złotawego, leżakujący w drewnianych beczkach przez co najmniej dwa miesiące
- añejo - koloru ciemnej ochry, dojrzewający przez co najmniej rok
Są jeszcze jakieś inne klasyfikacje, ale chciałam dodać, że popularnym rodzajem mezcalu jest mezcal con gusano - taki z robakiem. Do kieliszka go wprawdzie nie naleją, ale na dnie butelki pływa.
*
W "fabryce" najbardziej spodobało mi się słynne rymowane powiedzenie: "Para todo mal el mezcal, y para todo bien - pués tambíén!" (W wolnym tłumaczeniu: Jeśli jest źle - zażyj mezcal, jeśli zaś dobrze - to też mezcal!").
***
Kolejny etap trasy to ruiny piramid i osady w miejscowości San Pablo Villa de Mitla, w skrócie Mitla. Obecnie jest tam dość popularna w regionie strefa archeologiczna badająca dzieje mieszkających na tym terenie Mixteków i Zapoteków.
W tym momencie podmienił nam się przewodnik. Kolejny pojechał z nami do głównej atrakcji dnia - wodospadów poziomych o nazwie Hierve el Agua. De facto, Hierve el Agua było dla mnie przynętą, dla której wróciłam w tamten rejon. (Dziś wróciłabym zapewne w celu udania się tam ponownie i jeszcze w okolice Mazunte).
I tylko jakiś przeklęty pech chciał, że rozładował mi się wtedy telefon, a nie miałam przy sobie powerbanka, bo jeszcze ładował się po długiej podróży.
I tylko jakieś niebywałe szczęście, że w mojej małej grupie poznałam Ajaja, wesołego Indusa w wieku zapewne moich rodziców, który także podróżował samotnie i szukał kompana do rozmowy.
Ajaj przypilnował mi rzeczy, gdy próbowałam nieco popływać "w basenach", zrobił mi mini fotorelację, a także w zasadniczy sposób urzekł i zaraził optymizmem, otwartością, pogodnością i dobrym humorem, że zdecydowałam się przystać na jego towarzystwo także kolejnego dnia.
P.S. W Internetach można znaleźć przecudne zdjęcia z tego miejsca, mnie akurat pogoda czy też pora roku nie dopisała.
Dzień 3.
Ten dzień był zakręcony. Najpierw Ajaj zaprosił mnie na śniadanie do swojego hotelu, więc z ciekawości podreptałam o umówionej godzinie pod wskazany adres. Jego hotel okazał się pięknym starodawnym budynkiem w kolonialnym stylu z obszernym wewnętrznym patio, elegancją recepcją i obsługą. Mą szczególną uwagę przykuli kelnerzy, którzy zdawali się pracować tam od początku powstania tego miejsca. W mig odsunęli krzesło "młodej damie", przynieśli imbryk z kawą i nalali mi do stojącej na stole filiżanki, a następnie podali menu.
Jak to w prawdziwej meksykańskiej karcie, pozycje śniadaniowe przypominały europejskie dania główne. Ja z kolei miałam ochotę na chilaquiles w sosach czerwonym i zielonym . (Dla porównania, w hostelu też wykupiłam śniadania).
Po obfitym posiłku poszliśmy poszukać, skąd odjeżdża autobus. W teorii odjeżdżał ze stacji autobusowej, w praktyce z ulicy obok. Nasz kurs: strefa archeologiczna Monte Albán. Temperatura: ponad 35 stopni w cieniu. Przygotowanie: dobre chęci i butelka wody.
Na miejscu... kupiliśmy duuużo więcej wody xD
W Monte Albán zaczepiły nas dwie niewielkie grupki uczniów starające się robić proste wywiady z obcokrajowcami w celu praktycznej nauki angielskiego. Musieliśmy się zgodzić na nagrywanie, to było dość zabawne. xD
Na koniec Ajaj zafundował sobie i mnie kapelusze od ulicznych sprzedawców.
Mój świetnie się układa, więc zakładam, że posłuży mi długo i z pewnością będziecie mogli go spotkać w kolejnych wpisach.
*
Wieczorem piliśmy razem w lokalnym barze butelki meksykańskiej Corony, gdzie zbierałam zaciekawione spojrzenia i komplementy od młodych kelnerów. Silną wolą i chęcią poznania kolejnych przygód zabrałam się jednak stamtąd dzielnie. Odebrałam plecak z recepcji hostelu, po czym zostałam odprowadzona przez mojego przyjaciela na dworzec autobusowy.
W drodze zastał mnie malowniczy zachód słońca w regionie. Żegnaj Oaxaca.
***
N.Verde