15 grudnia 2024
Vigan
Wyruszamy o 7mej rano z Sagady i łapiemy lokalnego cheepneya do pobliskiej miejscowości Bontoc, która pełni rolę centrum przesiadkowego. To wyrażenie szybko styka się w naszym przypadku z problematyczną rzeczywistością. Planowany autobus do Cervantes dzisiaj nie pojedzie, bo zebrało się za mało osób. Musimy podzielić trasę na dwa, czyli najpierw dojechać do Bauko, a stamtąd złapać kolejny transport do Cervantes. Z Cervantes pojedziemy na styk drogi i skrzyżowanie w Bitalog (Tagudin), skąd będziemy łapać autobusy dalekobieżne w stronę kolonialnego Vigan. O ile nam się uda to wszystko zrealizować, gdyż komunikacja tutaj jest najgorszą, jaką do tej pory spotkałam we wszystkich swoich podróżach. Generalnie nikt nie wie, jakie są połączenia (poza dwoma głównymi), o której kursują, nikt nie wie też czy danego dnia pojadą, czy nie. Większość kursów odbywa się z jednej miejscowości do pobliskiej drugiej, a maksymalny czas przejazdu to średnio 1 godzina. Potem trzeba rozpytywać na nowo.
Wesołe te Filipiny :)
***
Całość podróży okazała się być skomplikowana jedynie w teorii, w praktyce bowiem wszystkie kursy zrobiliśmy "na zakładkę". Dojechaliśmy do jednego punktu, tam od razu przesiadaliśmy się na kolejny.
Vigan urzekło nas swoim kolonialnym stylem i prostotą. Większość kamienic nadal nie jest odrestaurowana, jednak połączenie sypiącego się betonu z rozpadającym się drewnem wydaje się być całkiem romantyczna. Stare miasto żyje licznymi festynami i imprezami, do głównego placu prowadzi jedna turystyczna uliczka Crisologo, na której lokalni sprzedawcy wystawiają plecione wyroby z juty lub innych materiałów oraz liczne pamiątki. Na ulicach co rusz spotyka się także dorożki zaprzągnięte w chude kucyki, z których korzystają głównie turyści z samych Filipin. Ogólnie turystów z Europy czy innych kontynentów spotykamy bardzo mało, w każdej miejscowości ich liczba nie przekracza palców jednej ręki.
Ludzie są dla nas mili, nie ma żadnego nagabywania czy naciągania białych turystów. Od czasu do czasu ktoś nawet do nas zagadnie, żeby w czymś pomóc, ale nikt się nie narzuca ani za nami nie nawołuje. Nie czujemy się jak standardowe dojne krowy.
Niestety rozwarstwienie społeczne jest zauważalne. Z jednej strony po ulicach bogatsi jeżdżą Raptorami i stołują się w restauracjach, gdzie dania kosztują tyle samo co na krakowskim rynku, z drugiej strony jest trochę osób, niejednokrotnie dzieci, proszących na ulicy o jedzenie. W poprzednich miejscowościach (Banaue, Bontoc) widzieliśmy na chodnikach ślady po wyplutym betelu - czerwonej naturalnej używce narkotycznej, składającej się z pieprzu żuwnego, orzechów palmy arekowej i wapna, która pomaga hamować głód. W Vigan ulice są czyste, nikt betelu nie żuje.
Kolejnego dnia idziemy stołować się w lokalnym McDonaldsie i z zaskoczeniem odkrywamy, że do zamówionego burgera czy smażonego kurczaka w zestawie jest kulka ryżu, a nie frytki. Te trzeba zamówić sobie osobno i są oczywiście droższe. Ceny jednak zdecydowanie tańsze niż w Polsce, na tyle tańsze, że w drodze obiadowej napotykamy na oblężenie uczniów z co najmniej trzech różnych szkół (inne mundurki), którzy zapełnili dwupiętrowy przybytek po ostatnie miejsca. Patrząc na dyplomy, które co niektórzy mają w rękach obstawiamy, że trafiliśmy na zakończenie szkoły przed przerwą świąteczną.
***
N.Verde