Otwiera sie dla mnie nowy etap latania. Tym razem służbowo, tym razem w grupie i tym razem w biznesie.
Witaj Holandio. Polecę z Amsterdamu do Paryża czy bezpośrednio do Panamy? Oto jest pytanie.
A jednak Paryż i dopiero Panama. Na lotnisku byłam wzywana trzy razy, żeby poprosili mnie o zgodę na zmianę lotu. Niestety po chwili okazało się, że jednak "ktoś wykupił" ostatnie miejsce w biznesie, więc zostawili mi lot tak jak miał być.
W Paryżu odkryłam z koleżanką w tamtejszym lounge'u fajne relaxing roomy, zakątki z miksturami do przyrządzania detoxu organizmu, oczywiście bufet i wygodne fotele. A co najważniejsze - panuje tam o kilka decybeli ciszej niż na terminalu na zewnątrz.
***
W samolocie spotkała mnie jedna zabawna, jednakowoż żenująca historia. Oglądając najnowszy film Almodovara "Dolor y gloria" (pol. "Ból i blask"), traf chciał, że ustrzelił mi długie komunikaty załogi w trzech wersjach językowych z rzędu. W standardowym scenariuszu pokładowym skutkuje to zatrzymaniem obrazu i wyłączeniem jakiejkolwiek opcji przycisków - nie da się nic zrobić, niczego zmienić, trzeba posłusznie czekać.
Przechodzące obok mnie osoby mogły zatem podziwiać mnie leżącą w fotelu i zachwycającą się sceną nagiego mężczyzny myjącego się nad miską z wodą. Na cały ekran.
***
W Panamie po wyjsciu z terminalu na start otoczyli nas naganiacze taksówek. Po krótkiej negocjacji coś tam spuścili z ceny, ale jak się okazuje, nadal srogo przepłaciłyśmy. Nie było jak złapać ubera, więc ciężko o dyktowanie warunków.
Pogoda na miejscu to 30 stopni i duchota. Hotel z basenem, korzystałam wczoraj wieczorem. Dzisiaj już pada i błyska. Całe szczęście udało nam się zwiedzić kanał panamski, zobaczyć na chwilę stare miasto, trzy turystyczne wysepki i "Most Ameryk". Kolejny dzień to wylegiwanie się w hotelu i wylot na północ.
***
N.Verde